Andrzej Rachwalski: Jedynka na zawsze! cz.I

Pogadamy sobie o...szkole.

Nie mylicie się. Facet w moim wieku nie myśli raczej o wzbogacaniu własnej wiedzy, ale ma prawo przypomnieć sobie i zainteresowanym, jak to się w Darłowie lat 60-tych wiedzę pobierało. Wielu znajomych, no wiecie z czego - z Facebooka zmusiło mnie wreszcie okrzykami: weź i napisz, to nasze lata szczenięce, już trochę przytarte w pamięci, ale wspólnie coś tam sklecimy. No dobra, próbuję. Nie będzie to wspomnienie kronikarskie, a raczej faktograficzne. Takie, które jednak pamięć przywołuje. Więcej tu będzie o ludziach, którzy na drodze mojej edukacji stanęli. O tym, kto, czego i jak uczył małego Jędrusia i ekipę z mojej klasy.

Knajpiana nauka

Moje potyczki z edukacja zaczęły się w roku 1964. Małego Andrzejka do pierwszej klasy zaprowadziła jego ukocha na ciocia, a zarazem chrzestna Krysia Moczek - siostra ojca mego. Moja pierwsza szkoła dzisiaj nazywa się... Gościniec Zamkowy. Tak, tak, to tam zacząłem od 1 Klasy. Było nas, ciekawych, co dalej, a ze trzydziestu.

Pamiętam Panią Kobylińską, która była nasza wychowawczynią. Pamiętam piec kaflowy w kącie klasy i oczywiście pierwsze potyczki z piórem i atramentem, który dziwnym trafem był wszędzie, tylko nie w zeszycie. Może nie do końca, bo jak już do zeszytu trafiał, to miał formę wielkiego kleksa. Tam poznałem Ewcię Figurską, Mirka Pawlaka, Stasia Gościniaka czy Marka Cielucha. To tam borykałem się z „niegrzecznym i krnąbrnym” Piotrusiem Czerwińskim. I wieloma innymi, z którymi później walczyłem o oceny przez całą podstawówkę.

Potem była...druga ta sama szkoła. Na jakiś czas przeniesiono nas do... następnej restauracji. Dokładnie, dzisiaj jest to lokal gastronomiczny mojego przyjaciela Waszka. Wtedy i długo potem był to nasz ukochany Dom Kultury.

Jedynka

Mówi się, że do trzech razy, a więc ta trzecia była ostatnia.

Bo przeniesiono nas do naszego drugiego domu, czyli ukochanej „Jedynki”. Czysta i świeżutka, po remoncie już ostrzyła sobie zęby na nas, biednych żuczków.

Oj, szkoła to była wielka. Wchodziło się do niej z boku, od Szkolnej. Samo wejście, z małym gankiem znajdowało się po jej drugiej stronie. Nie było wtedy łącznika z salą gimnastyczną, który wybudowano o wiele później.

Tuż za drzwiami była kanciapa naszego super woźnego, Pana Książkiewicza. To on dzierżył w dłoniach prawdziwą władzę, czyli wielki i donośny dzwonek. To takie ręczne urządzenie, które było znienawidzone na początku lekcji, a ukochane, kiedy oznajmiało jej koniec. Tuż za dyżurka skręcało się w lewo i tam żeśmy wykorzystywali worki na kapcie, które kiedyś były nieodłącznym atrybutem ucznia. Zeszytu mogłeś zapomnieć, worka nigdy. Szkoła nasza była bardzo symetryczna. Takie lustrzane odbicie. Na piętrze był taki sam długi korytarz, po którym w czasie przerw łaziliśmy dwójkami. Grzecznie i cicho. Bo na jednym z końców tego korytarza był.. pokój nauczycielski. To takie miejsce w szkole, w którym nauczyciele przy kawce knują, jak nas zaskoczyć, nazadawać i umęczyć nauką.

Kierownik szkoły, Pan Lewandowski to był pasjonat i nauczyciel z 40- sto letnim stażem pracy. Bardzo szybko powstała świetlica szkolna. Wiele było kółek zainteresowań. Harcerze też zaczęli swoją działalność.

Wyobraźcie sobie, że w roku 1966, mimo powstania nowej szkoły w Darłówku do naszej „ jedynki” chodziło ponad 2500 uczniów. Robi wrażenie, prawda. Było nas bez liku, a więc czasami kończyliśmy dzień około 18, a nierzadko łaziliśmy do szkoły na „wpół do pierwszej”, jak to się mówiło.

Jeżeli mnie pamięć nie myli, to mój numer w dzienniku, który towarzyszył mi wiele lat to 32. Ja osobiście od początku byłem uczniem bardzo grzecznym.

Od młodych lat zafascynowany Fiedlerem i przygodami Tomka Wilmowskiego autorstwa Alfreda Szklarskiego. Właściwie to czytałem wszystko, a trochę później połykałem wręcz każdy kryminał, jaki wpadł mi w ręce. Wiecie: latarka, kołdra na głowę i poranne wstawaj wreszcie ( o 10). Naszą pierwszą wychowawczynią była Pani Kaczkowska, później, Pani Danuta Trafna, a od trzeciej klasy Pani Maria Lis.

Ja szczególna estymą otaczałem Panią Genowefę Klingiert, nauczycielkę języka polskiego. Brylowałem na Polskim, pasjami się popisywałem wiedzą. Moja koleżanka z klasy, Ewa Figurska twierdzi, ze cała podstawówkę rywalizowaliśmy o miano kujona. Do szóstej klasy się zgadzam. Dlaczego? O tym później.

Ostatnio powspominaliśmy sobie z Ewą. O strasznych kontrolach u szkolnego dentysty (tak, tak, kiedyś byli). Albo o nieco upokarzających kontrolach czystości. Pamiętacie?

Jeden dzień tygodnia sprawdzano nam włosy (bez śmiechu - wtedy miałem) na obecność niepożądanych stworzeń. Przeglądano nam czystość kołnierzyka, który miał mieć barwę śniegu, bez żadnych kresek. I te codzienne kontrole tarcz. Miały być dokładnie przyszyte, żadnych tam szpilek, czy agrafki. Złapany na tym przestępstwie nierzadko musiał do domu, albo sam za igłę chwycić.

Dzisiaj to wszystko rozumiemy, wtedy nie bardzo.

Nauczyciele

No dobra, pogadajmy teraz o naszych nauczycielach. Pewnie nie wszystkich pamiętam, ale co tam. Zaryzykuję. O Pani Klingiert, surowej i wymagającej już było. Muzyki uczył nas mój sąsiad z bloku, Pan Radomski. Grał na harmoszce chyba i lekcje z nim były dla mnie katorgą.

Nie, nie ze względu na tego miłego pana. Nienawidziłem muzyki, bo jednak śpiewać nie każdy może. A ja to już na pewno. Miał nasz muzyczny nauczyciel swoisty wymiar zachęt. Był to klaps w dłoń drewnianym piórnikiem na płask, bardziej bolesny na sztorc i królowa kar - linijka na sztorc.

Uwielbiał też tak zwane skrzypeczki, czyli wykręcanie włosów w okolicach późniejszych bakobrodów. W tym wybitnym specjalistą był nasz Pan od prac ręcznych, Pan Kieca.

O, mistrz prawdziwy. Jak już jesteśmy przy karach, to stanie w kacie, czy ośla ławka po lekcjach to był pikuś.

Czas na geografię. Początkowo świat poznawaliśmy z pomocą Pana Nowaka, kierownika szkoły, później prowadziła nas po nim Pani Zalewska. O, to była moja... miłość. Oczywiście tylko i wyłącznie i zawsze platoniczna.

Zresztą, kto z nas nie kochał się w swoich nauczycielkach? No, jest ktoś taki?

Dosyć wcześnie dojrzewałem, ale do tego dzisiaj, po latach mogę się przyznać. Pani od geografii miała znakomicie wymodelowane...łydki i była częstym tematem moich snów. Spokojnie, o ich treści pomilczę. Andrzejek edukował się nie tylko w edukacji szkolnej. To ci lizusek.

Dobra. W tym kulminacyjnym punkcie robimy przerwę. Za tydzień wspomnę o małżeństwie Lach, o Wiesiu Bocheńskim i jego pięknej zonie, Pani od rysunku. O pani Biernackiej i jeszcze kilku innych. Bo w „ jedynce” się działo. Nawet ja zmieniłem się dość radykalnie. Ale o tym potem. Będzie też więcej o moich przyjaciołach z tamtych czasów. O Stasiu Gościniaku, Jureczku Michalskim, Mirku Pawlaku, czy też O Mirku Szymczewskim i trzecim z Mirków - Bielędzie. Wrócimy też do Piotra Czerwińskiego i kilku szalonych koleżanek. Z Ewa Figurską na czele.

Andrzej Rachwalski

1 komentarz

  1. I po co to cos glupiego publikowac?

    VA:F [1.9.22_1171]
    Ocena: 5.0/5 (1 głos)
    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0 (from 2 votes)